lato w mieście

13.7.17

                Pamiętacie w dzieciństwie zapach lata? Każdorazowe upały, krótkie spodenki, nogi poparzone od pokrzyw. Pamiętacie? Ja pamiętam... Całe dzieciństwo spędziłam na wsi. Na takiej prawdziwej wsi, nie tej takiej nowoczesnej. 
Wspomnienia są bezcenne, myśląc o tamtych czasach się rozpływam. Czytanie książek w sadzie pod czereśnią albo gruszą. Wszechogarniająca zieleń, wysokie trawy, mnóstwo zwierząt - które kocham ponad wszystko. Cisza, aż słychać własne myśli. W upale lekki szum zbóż, odgłosy lasu, który był nieopodal. Temperatury przekraczające 30 stopni Celsjusza. Wtedy wstawało się skoro świt, nie było innej opcji - budziły cię ptaki, które rozśpiewywały swoje symfonie. Szło się w stronę kuchni, ponieważ babcia już zapewne od 4 rano pracowała w polu. Zawsze zostawiała liścik, gdybyśmy nie wiedzieli gdzie jest, a dokładniej, w której części pola. Przy liściku zawsze świeże mleko, chleb, którym jeszcze pachniała kuchnia i na nim marmolada albo kiełbasa, którą zawsze wciskał we mnie dziadek (nauczyłam się ją jeść z musztardą, inaczej nie przechodziła przez gardło).  Jedliśmy śniadanie i biegliśmy do babci. Lato przeważnie spędzałam z licznym kuzynostwem, choć to ja byłam najczęściej u babci na wsi. Kochałam to miejsce.  
Po drodze do babci, zahaczaliśmy o pole z truskawkami, za mną zawsze biegła chmara psów, z którymi sie bawiłam. Po odwiedzinach babci nastał czas zabaw. Miejsce było nieziemskie: do najbliższego sąsiada kilometr, do lasu 300 metrów, od głównej drogi około 500 metrów.
Cisza, spokój, full natura.
     Duży sad dawał schronienie przed żarem z nieba. Czytałam w nim książki, słuchałam muzyki, marzyłam. Wyobrażałam sobie swoje życie, które miało być usłane samymi osiągnięciami i generalnie miało iść w inną stronę niż teraz jest. Dziecięce marzenia...
W sadzie mieliśmy bujaczkę, którą zrobiliśmy ze starej opony, zabawa była przednia już przy samym montażu. Umieściliśmy ją na jednej z gałęzi starej jabłoni. Pod tą jabłonią pięły się wysokie krzaki pokrzyw. Pewnego dnia lina już nie wytrzymała i bujając się wpadłam w te pokrzywy. Cała poparzona pobiegłam do babci, która ze stoickim spokojem powiedziała do mnie, że chociaż nie będę miała reumatyzmu. To było coś, chwilę popłakałam, ale nie było czasu na rozczulanie się nad sobą, po chwili już byłam w innej części posiadłości.  Z drugiej strony domu, była obora, szopa i kilka domków "gospodarczych". Za nimi mieściło się bagno, a w nim mnóstwo ryb i pijawek. Oczywiście kąpaliśmy się w nim, muł na dnie był ogromny, ale jakoś nam to nie przeszkadzało. Wszędzie rozpościerał się las. Przed linią lasu były dookoła pola, po których raz po raz dziadek przejeżdżał traktorem. Jeździłam razem z nim, nawet kilka razy dał mi pokierować. Wycieczki po lesie, który zawsze mnie fascynował. Bałam się go, na spacery zawsze chodziłam z babcią albo z psami, które nie odstępowały mnie na krok. Gorącz, która spływała z nieba definiowała każdy dzień naszych wakacji. Tak bardzo kochałam to miejsce, szkoda, że nie mogę już tam wrócić...

To było moje lato, moje wakacje. 

A teraz? Obowiązki, praca, praca, praca, praca. I co z tego mam? Żyje by pracować, nie odwrotnie. Brak czasu albo pieniędzy na zwiedzanie świata.  Smutne, prawda?
Teraz nawet lato nie jest latem... Mamy połowę lipca, a temperatury są ledwo wiosenne. Deszcz spływa z chmur jak z wodospadu. Żaru z nieba nie spodziewajmy się w ogóle... Nawet w Londynie mają letnią pogodę i wyższe temperatury.
Co to będzie zimą? Na pewno o tym napisze... 






(zdjęcie z google maps. Dom, w którym się wychowałam)

----- 
zdjęcia: https://www.facebook.com/ConnoisseurofLastLooks/?ref=br_rs 

  • Share:

You Might Also Like

4 komentarze

  1. lato lato, lato czeka:P tylko kurka wodna na co?:P świetne zdjęcia:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no właśnie! jak już mam jakieś wolne, to deszcz a;bo +20 ... zgroza...

      Usuń